Długo zastanawiałam się, co w tym momencie mogłabym tu napisać. Pogubiłam się już w tym, co tak na prawdę jest warte uwagi, a co jest całkowicie neutralne. Ale inni lubią czytać i o tym i o tym. Ja o tym pierwszym z reguły nie lubię mówić. Bo i co niby? Że w nowej szkole całkiem mi dobrze i że wcale nie jest taka zła jak każdy mówił na początku? Jest dużo nauki i mało snu, to fakt. W rzeczywistości również mało czasu na cokolwiek, na spotkania z przyjaciółmi, na dłuższe rozmowy z nim, na większy kubek kawy, na napisanie paru stron, ba, paru zdań, a nawet na odpalenie w słuchawkach kochanej muzyki i zupełne nie myślenie o...wszystkim. Sądzę jednak, że to tylko początki, że kiedy przyzwyczaimy się do nowego trybu i ogarniemy to wszystko znajdziemy czas na siebie. 'Tak bardzo pierwszaki..'. Niby dotychczas też było sporo nauki, ale tutaj..tutaj jest inaczej, bo i atmosfera inna i ludzie jacyś inni, dojrzalsi, przychylni. Mało tu zawiści, częściej obojętność. Ale chyba lepsze to niż fałszywość, która aż roznosiła poprzednią szkołę. Tęsknie tylko za nielicznymi, a za samymi murami absolutnie nie. Spaliłam za sobą te mosty.
Ciepłe popołudnie. Nie wiem kiedy zmieniłam do tego wszystkiego stosunek. Nie mam pojęcia, w którym momencie spojrzałam na to zupełnie inaczej. Nie grzeje mnie to, nie mrozi mnie to. Nawet dezorientacji już nie czuję, bardziej sympatię, taką zwykłą, że to wszystko po prostu jest miłe. Ucieszyłam się, że wiem już, że te gesty nic nie znaczą, że zwyczajnie są. Nie wiem, czy z grzeczności, czy z przeszłości, czy z jakiegoś wymyślonego obowiązku, czy z poczucia stosowności. I nie wiem czemu je odwzajemniam. Może dlatego, że w mojej głowie jest to przyzwoite, a w mojej duszy całkiem ciepłe. Cieszę się, że możemy tak zwyczajnie pogadać, tak zwyczajnie się do siebie uśmiechnąć, tak szczerze spojrzeć sobie w oczy. Cieszę się, że już niczego od siebie nie potrzebujemy. Ogrzewam dłonie kubkiem herbaty. Mogę żyć trochę od nowa i to wszystko sobie ułożyć w bezpiecznej odległości, z dala od tych wszystkich przerobionych już głupstw.
Mniej miły aspekt, to te podłe gadki ludzi, którzy nic wiedzą i którzy tak na prawdę nic w życiu nie przeszli. Siedzą w tych swoich nudnych światach, piją w lesie, myślą, że są dowcipni, że są lubiani, że mają tak wielu przyjaciół, że mają charyzmę. Gówno mają. Gówno wiedzą. Nie lubią innych zwyczajnie za nic i tylko czekają, kiedy się odwrócisz, żeby mogli cię skomentować. W stosunku do swoich "przyjaciół" też nie są lepsi. Myślą, że nikt nie słyszy, kiedy mówią o nich wracając ze szkoły. A potem przybijają z nimi piątkę i myślą, że wszystko jest w porządku. Tracą wszystko i dobrze, niech stracą również wszystkich. Ale to i tak ich pewnie nie nauczy, że najlepiej żyć swoim życiem, zajmować się swoimi problemami i pieprzyć bzdur na prawo i lewo, bo ich pustymi słowami nie przejmuje się absolutnie nikt, a już na pewno nie ja. Nie ma to jak być prawie dorosłym, a zachowywać się jak pięcioletnie dziecko. Tylko współczuć, bo nic więcej zrobić nie można.
Brak mi pewnego miejsca. Zawsze mogłam tam zajrzeć i pouśmiechać się trochę. Mogłam wysłuchać wymyślonych , czy też prawdziwych historii pewnego bardzo fajnego dziadka i poopowiadać co u mnie miłej babci. Nie bałam się tam ogromnego psa, który wszystkim wydaje się groźny. Szłam tam z uśmiechem na ustach, bo wiedziałam, że za chwilę dopadnę się do swojego żywiołu, zacznę snuć melodię, usłyszę dobry rytm i ostro szarpane dźwięki. Lubiłam obejrzeć tam parę linków na youtube, a nawet zjeść rosół, którego przecież nie cierpię. Trochę czułam się tam obco, ale starałam się, cholernie się starałam. Brak mi tego miejsca, gdzie spędzałam tyle czasu, gdzie się przystosowałam, gdzie myślałam, że jestem bezpieczna. Jeszcze sobie z tym nie poradziłam, bo wraz z tym miejscem zatarło się coś cholernie dla mnie ważnego.
Zmykam pomalować paznokcie na oranż i troszkę pomyśleć o przyszłości.