Korzystając z tego, że absolutnie nic nie wchodzi mi do głowy, jeżeli chodzi o naukę wosu: pieprzone organizacje, stosunki międzynarodowe, polityka zagraniczna itd itd, postanowiłam zręcznie coś tu napisać, bo tak jak zapowiadałam - emocję już opadły. Chwilę zastanawiałam się, jak sformułować to wszystko, aby nie wydać się oczywistą i nadto bezpośrednią, zdecydowałam, że zacznę od rzeczy realnych, które już się zdarzyły, nie muszą być roztrząsane i nie potrzebują nadmiernego rozmyślania nad nimi.
Koncert, ahh pierwszy NASZ koncert, udał się ładnie. Przynajmniej publiczności się podobało, ja również jestem zadowolona, R. coś świruję, nie wiem o co chodzi, ale walnę go z łeb jak jeszcze raz usłyszę marudzenie odnośnie solówki w So Far Away. Zostaliśmy nawet poproszeni przez naszą wierną, ukochaną publiczność o bis, poczęstowali nas również przeeeeekosmicznym pogo, fotografowali, nagrywali, więc na dolę wklejam parę zdjęć z koncertu. Nie zdawałam sobie sprawy, jakie to miłe i niezwykłe słyszeć tyle słów pochwały, zostać objętym tyle razy, a nawet zobaczyć łzy na paru bardzo wrażliwych policzkach. Force Sudden Death jeszcze raz dziękuję wam wszystkim za obecność oraz wsparcie pod sceną ( niektórzy z nas na prawdę mocno się denerwowali), a jeżeli ktoś nie mógł być z nami, z najróżniejszych powodów, to mamy nadzieję, że przynajmniej trzymał za nas kciuki. ( wiem, że trzymałeś ;) )
Takie dni jak wczorajszy mogłyby zdarzać się częściej, bo to niesamowita okazja do poznania się bliżej, nawet z osobami, z którymi widujemy się na co dzień. Przyjemnie jest przysiąść na znalezionej przez A. polanie, absolutnie niczym się nie martwić i wlewać w siebie niedozwoloną dawkę alkoholu, w końcu możemy to robić, mamy na sobie ciężkie buty i ciężkie makijaże. Było cudownie, ale to dzięki temu, że zawsze mam was obok, w pojedynkę życie byłoby smutne i takie puste.
Takie dni jak wczorajszy mogłyby zdarzać się częściej, bo to niesamowita okazja do poznania się bliżej, nawet z osobami, z którymi widujemy się na co dzień. Przyjemnie jest przysiąść na znalezionej przez A. polanie, absolutnie niczym się nie martwić i wlewać w siebie niedozwoloną dawkę alkoholu, w końcu możemy to robić, mamy na sobie ciężkie buty i ciężkie makijaże. Było cudownie, ale to dzięki temu, że zawsze mam was obok, w pojedynkę życie byłoby smutne i takie puste.
Nie wierzę w to, jak czasem można złapać się na swojej naiwności. Kolejny już raz pomyślałam sobie " Jenn, ty idiotko, znów prawie dałaś się oszukać, kolejny raz prawie stałaś się planem B." Lecz nie tym razem ;) To po pierwsze. Po drugie nienawidzę uczucia, które właśnie teraz mi towarzyszy, kiedy nawet nie chcąc, ranię kogoś boleśnie. Po trzecie, chociaż to miłe i przyjemnie zastanawiające, uciekam przed spojrzeniem bladoniebieskim, mętnym, prawie sinym, które uśmiecha się do mnie i patrzy mi na usta, mówiąc tak ciepło, a jednocześnie łamiąc mi kości gdzieś w okolicy klatki piersiowej. To wyjątek, zawsze zjawiający się w najmniej odpowiednim momencie... a może i się mylę. Po czwarte i ostatnie, śmieję się jak jakaś wariatka do ekranu komputera, szkoda, że mam możliwość jedynie porozmawiać sobie z małym, wirtualnym okienkiem. Jaki rozbudowany ten wątek od tego weekendu.
Siedzę tu i raczę samą siebie ogromną, mrożoną kawą, w której nie pożałowałam sobie nawet bitej śmietany i zajadam szarlotkę, ulubioną szarlotkę Emi , pieczoną według przepisu mamy. Mam tak mało na głowię, mam luźno upięte włosy, mam rozłożoną przed sobą książkę od wosu, ale naprawdę mnie to nie obchodzi. Czemu więc nie czuję radości? Być może chciałabym , żeby koło mojego kubka stał drugi, wypełniony po brzegi, a koło mojego talerzyka - drugi talerzyk. Jestem tu sama, konsumuję moje malutkie szczęście w pojedynkę. Ktoś chciał mi ostatnio przesłać składniki do ciasta pocztą, jednak... to nie to samo.
Tymczasem czeka mnie dawka państwa w państwie, więc żegnam was, mimo wszystko pozytywnie. do usłyszenia. Jenny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz