Jest różnie. Weekend majowy zaczął się cudownie, jednak jak widać i jak przekonywałam się już miliony razy - nigdy nic nie może być idealne do końca. Kocham spędzać spontanicznie czas z moimi przyjaciółmi, podczas gdy słoneczna pogoda umila nam życie. Uwielbiam wracać z nimi do domu w środku nocy krzycząc i śpiewając " Welcome to the Family " przez całą drogę. Skakać R. na barana i chociaż przez chwilkę poczuć się jak dziecko. Przyzwyczaiłam się do dziękowania im za ich obecność, za to że na przestrzeni lat zmienił się tylko nasz wygląd, ale przyjaźń pozostała taka sama a nawet więcej - jest jeszcze silniejsza. W gruncie rzeczy jesteśmy różni, jednak przez te wszystkie zmiany, które spotkały nas w ostatnim czasie - tacy sami. Szczególnie teraz, kiedy wiosna grzeje nam policzki. Poczułam wakacje. Pogoda jest letnia, chociaż znając życie nie utrzyma się za długo. Nie ważne, póki co można szaleć, nie martwić się o konsekwencje i powtarzać, że przecież wolno nam wszystko. Teraz nie warto się przejmować, skutki uboczne odczujemy dopiero za kilka lat, albo wcale o ile zostaniemy gwiazdami rocka.
Bolą mnie te kontrasty. Niby lubię, kiedy Ann. przyjeżdża. Przez kilka pierwszych dni jest na prawdę cudownie. Opowiadamy sobie o wrażeniach z ostatnich tygodni, o tym co się wydarzyło, co robiliśmy. Atmosfera w domu też jest zupełnie inna, bo mama chowa gdzieś rogi a tata nadzwyczaj dużo mówi. Przyjeżdża też K. i oboje pokazują mi, czym jest prawdziwa, dojrzała miłość. Piękny jest ten obrazek i bardzo przyjemnie się na niego patrzy. Siedzimy z Ann. na dworze, opalamy się i słuchamy ' You are so crazy '. Potem mówi : " Pokaż mi kawałek swojego świata ". Uśmiecham się szeroko a ona pyta o Avengedów. Co u nich nowego, gdzie aktualnie koncertują, czy mam jakieś nowe piosenki, które nam obu by się spodobały. Dla mnie temat nie ma końca Opowiadam, że będą małe Szadołki i wiele wiele innych nowości. Idziemy na kompromisy. Ściągam czarne spodnie, ale zostawiam koszulkę. Robię delikatniejsze kreski, ale przez głowę przewiązuję bandamkę. Uczę Ann. swojego świata i śpiewamy głośno " So far away". Wymyślamy głupie scenariusze czerwcowego koncertu przy niewielkiej dawce tequili. Dom tętni życiem, podwórko jest jakby milsze i jedzenia dziwnie smaczniejsze. Popołudnia są cieplejsze, herbata jakby słodsza a całość trochę barwniejsza. A co jest później? Zaczyna się ten cały koszmar. Ann. wraca do swojej nudnej postaci. Krzyczy, że przez ten cały rumot nie ma się jak uczyć, że mam przyciszyć te wrzaski, że umalowałam się jak jakiś diabeł, żebym zabrała kota, bo nie daje jej spokoju, że o niczym nie mam pojęcia i dopiero za kilka lat się przekonam , czym jest prawdziwe życie. Otwieram oczy ze zdziwienia, bo nie rozumiem tych zmian. W końcu to Ann. jest dorosła a nie umie podjąć odpowiedzialności za różne sprawy. Pewnych rzeczy chciałyśmy obie a teraz to ja muszę odpowiadać za ich skutki. Zazwyczaj w takich sytuacjach rodzice biorą stronę Ann. Nie potrafię przewidzieć, kiedy sytuacja znów ulegnie zmianie.
Lubię wieczory. Lubię na jakiś czas schować się w swojej samotni, pomyśleć, nacieszyć się tym, co spotyka mnie na co dzień i odczuć lekkie wyrzuty sumienia. To nie tak, że one u mnie nie istnieją. Może chcę je trochę zagłuszyć. Gdybym pozwala im mną zawładnąć, straciłabym jakąkolwiek przyjemność ze swoich małych grzechów. Każdy czerpie radość ze swojego maleńkiego buntu i raczkującego zła. Dopiero gdy emocje już opadną, sumienie łapie nas za kark i krzyczy nam w twarz, że wszystko co robimy będzie miało swoje konsekwencje. Kiedyś na pewno.
Wracam do "Second Heartbeat".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz