piątek, 27 kwietnia 2012

wolność?

  Nie lubię być nostalgiczna. Te czasy już dawno minęły i niestety nie przyniosły mi nic dobrego. Kilka krzywych spojrzeń i marne przekonanie, że przecież zrobiłam wszystko co w mojej mocy. Ale to nie prawda. Mogłam więcej, dużo więcej. Jednak jak widać, to co uważałam za najlepsze dla siebie nie było mi pisane. Z perspektywy czasu stwierdzam, że to dobrze, że nie szłam do celu po trupach. Cóż z tego, że być może bym go osiągnęła, skoro by mnie nie cieszył? W dodatku ten czas ociekał smutkiem, kłótniami, ciągłymi wyrzutami, niedowartościowaniem, złością przeplatającą się z platoniczną miłością. A teraz? Teraz jest inaczej.
Lubię to. Lubię usiąść na brzegu parapetu, otworzyć okno i cieszyć się ciepłym wieczorem. Lubię pokrzykiwać już z drzwi, że proszę o bardzo ciepłą herbatę, bo miałam wykańczający dzień. Niczym wreszcie nie muszę nie martwić, o nic przesadnie dbać i starać się, żeby przypadkiem czegoś nie zepsuć. Wolność w każdym wymiarze jest taka cudowna. Pięknie jest wstać z rana, usiąść w salonie pod kocem z moim brulionem, a potem zatracić się w ciszy i pisać. Od czasu do czasu przepędzić Briana a potem poświęcić chwilkę na zabawę z nim. Później zazwyczaj zasypia obok mnie, mruczy cichutko a ja znów mogę pisać. Stwierdziłam, że to kocham, a głupim przypadkiem jest, że zaczęło się tym, czego nienawidzę. Skomplikowanie to napisałam. Po prostu robiąc zadania z matematyki chciałam się od nich jakoś odciąć. Sięgnęłam po kartkę i opowiadanie samo zaczęło powstawać. Potem miało już dwadzieścia stron, trzydzieści stron... aż w końcu doszło do tego, że nie mogłam się z nim rozstać.
  Moje plany na przyszłość nie są skomplikowane. Każdy ma marzenia. Moim bardzo utopijnym jest stać na scenie. Śpiewać na wielkiej platformie, przed milionami ludzi, oświetlona blaskiem czerwonego reflektora, uśmiechnąć się lekko do R. i dać sygnał A. że może już nabijać. Szaleć, nie martwić się o konsekwencję, żyć z muzyki, dla muzyki, muzyką. Robić to dla zabawy, nie dla pieniędzy. Czuć, że daje mi to największy i najpiękniejszy wymiar szczęścia. Chciałabym być z osobą z przyszłości, tak szaloną i wcale nie przejmującą się zdaniem innych ludzi. Chciałabym udowodnić wszystkim, że się mylili, w jakiejkolwiek kwestii związanej ze mną... mylili się. Mam też plan B. zupełnie przyziemny, skreślający perfekcyjne życie. Mała, jasna kuchnia, na środku mały stolik. Ja i moi przyjaciele krzątający się od pokoju do pokoju. Pełno książek, mnóstwo muzyki, wspólne wieczory, ciekawe, studenckie życie. Co z tego, że nie tak szalone. Co z tego, że prędzej zostanę dziennikarką niż gwiazdą rocka. Mimo wszystko i dzięki wszystkiemu to będzie całkiem doskonałe życie.
  Jest jeszcze jedna, znacznie ciemniejsza strona wolności. Samotne wieczory, przy akompaniamencie cichych akordów szarpanych gitar. Ciemna powłoka nieba i te głupie myśli krążące po mojej głowie. Nie lubię zastanawiać się nad tym, co jest ze mną nie tak. Dochodzę jednak do wniosku, że to jeszcze nie czas na miłość i setki innych emocji. Trzeba poczekać a na pewno wyjdzie mi to na dobre. Może ta samotność trochę mi doskwiera, ale przecież nie jestem sama. Dziękuję Bogu za moich przyjaciół i za to, że obdarzył im takim zakresem tolerancji. Za to, że w chwilach refleksyjnych możemy pić razem półsłodkie a w szalonych momentach naszego życia " krzepkie proste " wino. Za to, że możemy rozmawiać ze sobą przy stole, ale również na łące, chowając się w cieniu drzew. Za to, że niezależnie od sytuacji możemy pozostać sobą. I tak właśnie wygląda moja najpiękniejsza wolność.
  




Together. Forever and Always

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz